Bezrobocie a emigracja

Młodzi, dobrze wykształceni i znający języki obce Polacy już dziś są  niemal na pniu kupowani przez zachodnioeuropejskich pracodawców. Liczba osób otrzymujących zarobki w euro wzrosła. Według czerwcowego raportu CBOS[1] dla blisko połowy Polaków najważniejszą korzyścią wynikającą z naszego członkostwa w Unii jest właśnie większa możliwość podejmowania pracy za granicą. W maju 2004 r. swoje rynki pracy w pełni otworzyły dla nas Wielka Brytania, Szwecja, Irlandia, Dania i Holandia.

Europa Zachodnia na gwałt potrzebuje specjalistów wielu dziedzin i szuka ich właśnie w Europie Środkowej. Społeczeństwa zachodnie starzeją się, co zwiększa zapotrzebowanie na lekarzy, pielęgniarki, fizjoterapeutów czy dietetyków. Szybki rozwój technologii wymaga dużej liczby nowych informatyków, analityków informacji, grafików i specjalistów od telekomunikacji. Dynamiczny rynek pracy wymusza stałe dokształcanie się – w efekcie poszukiwani są nauczyciele, szkoleniowcy i doradcy zawodowi. Zachodnie firmy zamieszczają ogłoszenia o pracy w polskich gazetach. W styczniu 2002 r. firma HRK Chartered Architects z Dublina zatrudniła polskiego architekta. Sprawdził się tak dobrze, że pół roku później do Polski wybrał się szef firmy i zwerbował do pracy kolejnych dziesięciu Polaków. W Irlandii zarobki przewyższają cztery razy zarobki kolegi architekta z kilkunastoletnim doświadczeniem zawodowym.. Irlandia, nie jest jedynym krajem oferującym atrakcyjne zatrudnienie dla wykształconych Polaków. Od kilku lat polskich lekarzy chętnie przyjmuje Szwecja  dlaczego? Szacuje się, że w ciągu pięciu lat na emeryturę odejdzie 30 proc. szwedzkich lekarzy. Spora grupa co roku ucieka do Norwegii, gdzie można więcej zarobić. Aby wypełnić te braki, Szwecja musi ściągać do siebie około 200-300 lekarzy rocznie. Dla polskich medyków praca w Szwecji to nie lada gratka. Początkowo zarabiają 10 tys. zł na rękę. Przy dodatkowych dyżurach i kontraktach wyciągają nawet do 15 tys. zł.

Nic więc dziwnego, że poza Skandynawami jesteśmy największą grupą narodowościową w szwedzkiej służbie zdrowia. Szwedzka firma Medena Rek Polska na północ Europy wysłała już blisko 200 lekarzy. Wcześniej, przez osiem miesięcy, rząd szwedzki opłacał ich intensywną naukę języka, wyżywienie i zakwaterowanie w świetnie prowadzonym podwarszawskim ośrodku. Zapewniał również miesięcznie 3 tys. zł kieszonkowego. Polskich lekarzy ceni się w Szwecji znacznie wyżej niż ich kolegów z Niemiec .

Polscy absolwenci medycyny z łatwością znajdą pracę także w innych krajach Europy Zachodniej. Holenderski rząd opłaca dwuletnią naukę w szkole medycznej. Pielęgniarka robi tam specjalistyczny kurs zawodowy na IV poziomie (w skali pięciostopniowej), Holandii opłaca się utrzymać pracownika na stanowisku na stałe.

Jeszcze tłumniej na zachód Europy ciągną polscy informatycy. Według danych berlińskiego urzędu pracy w samych tylko Niemczech od sierpnia 2000 do lipca 2003 roku stałe zatrudnienie znalazło 619 polskich fachowców komputerowych. Większość z nich otrzymała pięcioletnie umowy z możliwością przedłużenia na kolejne lata.

Dobrze wykształconych i ambitnych Polaków najbardziej jednak kusi dziś kariera eurokraty. Od stycznia 2003 roku instytucje unijne podpisały kontrakty z 91 polskimi tłumaczami, asystentami i sekretarkami, a dla kolejnych 42 przygotowywana jest właśnie oferta. Przez najbliższe 2-3 lata będą stanowili tzw. personel pomocniczy. – Wielu z nowo zatrudnionych dostało pracę świeżo po studiach. Aby przystąpić do konkursu na unijnego urzędnika, którego pierwszy etap odbędzie się w Polsce już tej jesieni, nie trzeba mieć doświadczenia zawodowego. Nic więc dziwnego, że na jedno miejsce przypada prawie 13 chętnych. Ale jest o co walczyć. Po okresie próbnym i wewnętrznym egzaminie nowo zatrudnieni otrzymują dożywotnie mianowanie i status „fonctionnaire” z możliwością awansowania na wyższe stanowiska urzędnicze. O pensjach eurokratów krążą legendy. Pewne jest, że zarabiają więcej niż wykwalifikowany personel międzynarodowych korporacji. Nawet najniższe wynagrodzenie, sprzątaczki czy kierowcy, nie może być mniejsze niż 2 tys. euro. Do solidnego portfela płac dochodzą niskie podatki, rozłąkowe dla rodziny w kraju, dotowane szkoły, przedszkola i żłobki na wysokim poziomie oraz przywilej kupowania bez VAT-u alkoholu, paliwa i samochodów. Aby jednak dobrze radzić sobie w tej pracy, trzeba mieć predyspozycje do aklimatyzacji w wielo kulturowym środowisku. W najbliższych pięciu latach posadę w Komisji Europejskiej znajdzie ponad półtora tysiąca Polaków. Dodatkowo będą mogli wypełniać pulę miejsc przyznaną innym państwom i niedostatecznie przez nie wykorzystaną. Anglikom, Austriakom czy Szwedom posady w Brukseli wcale nie wydają się lukratywne finansowo. I to jest nasza szansa. Zachodnie firmy robią wszystko, aby ściągnąć do siebie zagranicznych pracowników. Szwajcarskie i francuskie koncerny kuszą bogatym pakietem społecznym, służbowym mieszkaniem i samochodem. Włoskie szpitale, którym grozi zamknięcie z powodu braku personelu, gwarantują znalezienie pracy także dla małżonków zatrudnianych przez siebie lekarzy czy pielęgniarek. Do podbicia Unii nie wystarczy jednak tylko sam dyplom nawet najlepszej uczelni. Pracownik na miarę zintegrowanej Europy musi wykazać się samodzielnością, elastycznością i mobilnością.

A Polscy pracownicy robią furorę w krajach Unii. Do barmanów dołączają księgowi i finansiści, a wkrótce nawet nauczyciele. Chcesz mieć solidnie wykończony dom? Poproś o to nas. Mamy fachowców z Polski” – reklamuje się jedna z londyńskich firm budowlanych w „Daily Mirror”. A jeszcze rok temu większości obywateli Unii Europejskiej „fachowiec z Polski” kojarzył się ze słabo wykształconym, nie znającym języka i zatrudnionym na czarno pracownikiem budowlanym. Dziś, jak wynika z badań prof. Franka Kaltera – socjologa z uniwersytetu w Lipsku, który zajmuje się problemami migracji zarobkowej w Europie – w Irlandii, Wielkiej Brytanii i Szwecji, które w maju ubiegłego roku pierwsze otworzyły przed nami swoje rynki pracy, zanika stereotyp niezbyt rozgarniętego Polaka.

Mimo że przed naszym wejściem do Unii europejskie brukowce, jak angielski „The Sun”, przestrzegały przed „hordami ze Wschodu”, tamtejsi pracodawcy nie ulegli tej kampanii. Niemal natychmiast po zjednoczeniu pojawiły się firmy chętne do zatrudnienia pracowników z Polski. Tesco, Marriott, Hilton czy Honda szukały w Polsce pracowników na stanowiska, które dla Brytyjczyków nie są atrakcyjne – kasjerów do supermarketów, kierowców, magazynierów, sprzątaczek. I znaleźli, bo dla Polaka 800 funtów miesięcznie to 6 razy więcej niż w Polsce. Tylko do Wielkiej Brytanii do takich prac wyjechało już ponad 55 tys. osób. Szybko zdobyli uznanie za punktualność, pracowitość, zaradność. Współcześni młodzi jeśli mają tylko odwagę i dostatecznie samozaparcia myślą o wyjeździe, stworzenie nowego mitu zaprocentuje brakiem osób pracujących na emerytury i renty.

[1] Czerwiec 2003 r.

Reklamy

Nieformalna aktywność ekonomiczna na wsi

Szersze zainteresowanie zagadnieniem nieformalnej aktywności ekonomicznej pojawiło się w latach siedemdziesiątych, a swoje apogeum osiągnęło w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Ekonomiści – zarówno teoretycy jak i praktycy – interesują się tym zagadnieniem głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, tzw. szara strefa uczestniczy w tworzeniu dochodu narodowego, a nie wiadomo w jakim stopniu. W zależności od zdefiniowania i metod szacunku udział nieformalnej produkcji w tworzonym dochodzie narodowym oceniany jest w przedziale od 2 do 60%[1]. Po drugie, stanowi obszar potencjalnych, a nieściągalnych podatków.

Nieformalna aktywność ekonomiczna to przede wszystkim patologia jednostek pełniących role zawodowe w sposób, który nie może być akceptowany przez ogół społeczeństwa. Gospodarka nieformalna jako przejaw buntu obywateli przeciwko wszechobecnej instytucjonalnej (państwa w szczególności) kontroli ich zachowań stanowi istotę ujęcia socjologiczno-politycznego. Jego zwolennicy formułują pogląd, zgodnie z którym nieformalna aktywność ekonomiczna jest skutkiem nadmiernego fiskalizmu i formalizacji życia gospodarczego, dopatrując się w tym jednego z najpoważniejszych przejawów kryzysu państwa[2].

Mniej więcej do połowy lat siedemdziesiątych zjawiska kryjące się pod pojęciem nieformalnej aktywności ekonomicznej były rozpatrywane i opisywane przede wszystkim jako dewiacje lub patologie społeczne. Odwrót od takiego sposobu myślenia następuje w drugiej połowie dekady i jest łączony z nazwiskiem Petera Gutmanna, który w głośnym artykule „Gospodarka Podziemna”[3] wykazał, że w ramach nie rejestrowanej (nieformalnej) działalności ekonomicznej wytwarza się około 10% dochodu narodowego USA, w związku z czym nie można tego sektora gospodarki traktować marginalnie.

Rozwój nowych technologii wytwarzania spowodował wzrost wydajności pracy, istotnie ograniczający możliwości zatrudnienia. Próbując ratować społeczeństwo przed masowym bezrobociem i dla utrzymania wysokiego popytu na dobra wytwarzane przez przemysł zwiększa się liczbę firm, szczególnie usługowych. W takiej sytuacji siła robocza przesuwa się z bardziej sformalizowanej (bo łatwiej kontrolowanego przez agendy państwa) sektora przemysłowego do mniej sformalizowanego (bo mniej podatnego na kontrolę) sektora usług[4].

Statystyki gospodarcze wskazują, że szara stref występuje we wszystkich krajach, bez względu na ustrój polityczny i poziom rozwoju ekonomicznego. W Niemczech czy Francji w jej obrębie powstaje około 10% produktu krajowego brutto (PKB), w Szwecji i Belgii mówi się nawet o kilkunastu procentach. W jeszcze większym stopniu przejawia się w krajach śródziemnomorskich: Grecja, Hiszpania, Włochy, gdzie w szarej strefie wytwarza się 20-30% PKB[5].

Szczególnie ciekawe formy zjawisko nieformalnej aktywności przybrało na terenie Włoch. Christian Giordano rozróżnia dwa sposoby funkcjonowania w szarej strefie. Pierwszemu hołdują ludzie, którzy pracują wyłącznie „na czarno”, a uzyskane dochody stanowią podstawę ich bytu. W drugi sposób działają ludzie posiadający jakiś stały etat w instytucji formalnej lub też stały formalny dochód (np. emerytura czy jakieś świadczenia socjalne) i jednocześnie pracujący nielegalnie[6].

Sytuacja makroekonomiczna wydaje się znajdować swoje odzwierciedlenie głównie w skali i strukturze nieformalnej aktywności ekonomicznej. Szczególnie dobrze widać to w Polsce, gdzie jeszcze w niedalekiej przeszłości nieformalna aktywność gospodarcza – podobnie jak w innych byłych krajach socjalistycznych – skierowana była głównie na zapewnienie dostępu do dóbr i usług deficytowych[7].

Ważną częścią tego, co nazywano drugim obiegiem gospodarczym były różnego rodzaju zjawiska powstające na styku indywidualnych pracowników – przedsiębiorstwa państwowe, najczęściej pod postacią tzw. „fuchy”. Polegały one na wykonywaniu drobnych prac na państwowych maszynach, na potrzeby własnej rodziny lub krewnych i znajomych. W tym drugim przypadku świadczono je czasami odpłatnie, znacznie częściej za inne usługi lub towary niedostępne na rynku. Szarej strefie sprzyjał podwójny kurs dolara (oficjalny i czarnorynkowy). Wiele nieprawidłowości powstawało też na styku przedsiębiorstwo państwowe – instytucja prywatna. Niektórzy ekonomiści uważają, że w latach osiemdziesiątych w ramach drugiego obiegu gospodarczego wytwarzano znaczną część polskiego produktu krajowego brutto, szacowaną w roku 1981 nawet na około 50%, a w drugiej połowie lat osiemdziesiątych na poniżej 10% PKB[8].

Po roku 1989 nieformalna aktywność ekonomiczna nabrała w Polsce nowych kształtów. Największą część szarej strefy „zagospodarowują” teraz firmy i osoby, które nie zarejestrowały swojej działalności oraz przedsiębiorstwa zarejestrowane ukrywające część swojej działalności czy zaniżające obroty. Wraz z pojawieniem się bezrobocia nowych wymiarów nabrała „praca na czarno”, wykonywana jak się szacuje przez 10% mieszkańców wsi i 6% mieszkańców miast[9]. Kolejny segment szarej strefy to rozwój do gigantycznych rozmiarów przygranicznego handlu. W tej sytuacji za bardzo prawdopodobne należy uznać wyliczenia Władysława Sadowskiego, który szacuje, że w roku 1992 w drugim obiegu wytworzono 18-19% dochodu narodowego i chociaż wraz z postępami procesów porządkowania gospodarki notujemy w tym względzie tendencję spadkową, to nadal interesujący nas wskaźnik utrzymuje się na poziomie 13-15%.

Duża część opisanych zjawisk ma bezpośrednie odniesienie do wsi i rolnictwa. Co więcej, właśnie tam istnieją szczególnie sprzyjające warunki rozwoju nieformalnej działalności ekonomicznej, wynikające z powiązania gospodarstwa domowego z gospodarstwem rolnym. Powstają nie tylko za sprawą sytuacji kryzysowych, w których następuje tzw. renaturalizacja spożycia[10], przejawiająca się w działaniach nakierowanych na ratowanie poziomu życia rodziny przez samozaopatrzenie lub pewnych procesów kulturowych. Nabierają większego znaczenia strumienie dóbr i usług pochodzenia nieformalnego w zasilaniu wiejskiego gospodarstwa domowego, w porównaniu z jego odpowiednikiem w mieście.

U podstaw tego stanu rzeczy leży cały splot przyczyn, wśród których na jednym z pierwszych miejsc wymienia się jeszcze silną na wsi więź społeczną. Po drugie, właśnie w środowiskach wiejskich operują podmioty gospodarcze w postaci gospodarstw rolnych, nie mające żadnego interesu aby formalizować zatrudnienie na dniówki czy dłuższe okresy sezonowe, jako że najczęściej nie prowadzą rachunkowości. Obciążone zryczałtowanym podatkiem rolnym, uzależnionym tylko od areału gospodarstwa, nie mają możliwości zaliczenia w koszty działalności, nakładów poniesionych na najemną siłę roboczą, nie są więc zainteresowane aby tego typu zatrudnienie rejestrować. Ponadto zapłatę za pracę stanowi niekiedy gratyfikacja w naturze: ziemniaki na zimę, zboże jako karma dla drobiu, użyczenie ciągnika czy, coraz rzadziej konia, do obróbki działki przydomowej. Ta forma rozliczenia dodatkowo komplikuje ewentualne rozliczenia z fiskusem. Posiadacze gospodarstw rolnych, czy choćby tylko działek do użytku rolniczego, mają również większe możliwości zastępowania dóbr i usług rynkowych produkcją na samozaopatrzenie. Świadczy o tym powszechność sygnalizowanej już przydomowej uprawy owoców i warzyw, chowu i uboju zwierząt lub korzystania z możliwości zaopatrywania się w mięso bezpośrednio u jego producentów. Wynika to ze specyficznej organizacji wiejskiego gospodarstwa domowego. Chociaż obecnie coraz więcej napotykamy problemów próbując zdefiniować pojęcie gospodarstwa domowego, którego znaczenie bardziej wydaje się korespondować z pojęciem domu niż rodziny.

W obrębie domu przyjęło się wyróżniać jego aspekt:

  • materialny – mieszkanie z wyposażeniem i jego najbliższe otoczenie;
  • społeczny – zespół domowników, stanowiących małą, pierwotną grupę społeczną;
  • kulturowy – wartość o charakterze symbolicznym, kształtowane przez kolejne pokolenia, nadające podstawowe wymiary tożsamości jednostki.

Wszystkie wywierają większy lub mniejszy wpływ na funkcjonowanie gospodarstwa domowego. Coraz większą rolę w procesie zaspokajania potrzeb domowników wydaje się odgrywać otoczenie domu, a więc zarówno środowisko społeczne jak i infrastruktura techniczna, środowisko przyrodnicze i jakość przestrzeni architektoniczno-krajobrazowej. Inaczej mieszka się w części środkowej Polski, gdzie jest inna tradycja i kultura ludności, a inaczej w części zachodniej. Inne możliwości daje dom mieszkalny na wsi, przy indywidualnym gospodarstwie rolnym, a inne mieszkanie w gospodarstwie popegeerowskim.

Decydujący wpływ na funkcjonowanie rodziny wywiera jednak zespół domowników, jako że jego skład osobowy i strukturalny wpływa na konsumpcję oraz użytkowanie dóbr realnych będących w dyspozycji gospodarstwa domowego. To oni również tworzą jego zasoby materialne, od ich umiejętności w wytwarzaniu różnego rodzaju dóbr i świadczeniu usług zależy poziom jego konsumpcji realnej. Stąd struktura społeczna domowników, a szczególnie[11]:

  • liczba osób w wieku produkcyjnym;
  • liczba dzieci;
  • osoby starsze;
  • osoby niepełnosprawne;

a także:

  • kreatywność;
  • zaradność;
  • kwalifikacje jego członków;

decydują o standardzie życia jego członków. Te ostatnie wydają się być szczególnie istotne w momentach transformacji systemowych, co potwierdza Ryszard Borowicz na podstawie prowadzonych badań nad karierami życiowymi. Wskazuje, że obecna sytuacja finansowa wiejskich gospodarstw domowych w decydującym stopniu determinowana jest przez operatywność i przedsiębiorczość ich członków. Co więcej operatywnymi i przedsiębiorczymi okazali się przede wszystkim ci, którzy we wcześniejszej fazie badań, jeszcze jako ludzie młodzi, zostali zidentyfikowani jako nieprzeciętni[12].

Każde gospodarstwo domowe, dysponując ograniczoną ilością zasobów, dąży do takiej ich alokacji aby maksymalizować ich wartość użytkową dla zespołu domowników. Realizuje w ten sposób model konsumpcji, odzwierciedlający ograniczenia wypływające z posiadanych zasobów finansowych i budżetu czasu. Funkcjonowanie gospodarstwa domowego sprowadza się w zasadzie do manipulacji tymi dwoma czynnikami, chociaż ten ostatni nie ma charakteru jednorodnego. Oprócz czasu niezbędnego do regeneracji sił witalnych (sen, odżywianie, potrzeby fizjologiczne itp.) wyróżnia się czas produktywny i przeznaczony na konsumpcję. Tak więc subiektywna ocena wartości użytkowej konkretnego dobra może być bardzo różna i nieporównywalna, ze względu na personalny charakter panujący między członkami gospodarstwa domowego, co sprawia, że ekonomiczne zachowania rodziny mogą być analizowane tylko na pewnym poziomie ogólności[13].

Bardziej mikroekonomiczny aspekt funkcjonowania gospodarstwa domowego według James Cecora[14] jest „technologia przetrwania”, rozumiana jako suma działań domowników, których celem jest zaopatrzenie gospodarstwa domowego w dobra materialne i niematerialne dla zaspokojenia rozpoznanych potrzeb. Głównym identyfikatorem jest tu „konsumpcja realna”, tzn. całkowite spożytkowanie „dóbr realnych” pochodzących z rozmaitych źródeł i przyjmujących różną postać:

  • wyrobów i usług zakupionych na rynku, zarówno formalnie jak i nieformalnie;
  • dóbr kolektywnych, przekazywanych przez różnego rodzaju instytucje i organizacje np. państwo, kościoły, fundacje czy stowarzyszenia;
  • dóbr w naturze od pracodawcy, czy też użytkowania kapitału firmy na potrzeby gospodarstwa domowego właściciela;
  • darów od osób trzecich, w tym pomocy sąsiedzkiej;
  • wartości użytkowych własności rodziny, np. mieszkanie własnościowe, dom itp.;
  • dóbr wytworzonych przez domowników dla konsumpcji gospodarstwa domowego, np. warzywa z własnego ogródka, wytworzone towary i usługi;
  • bezpłatnego wykorzystywania zasobów środowiska, np. wody, runa leśnego itp.[15]

Każde z wymienionych „dóbr realnych” można nadać określoną indywidualną wartość jednostkową i wiele z nich może „wymiennie” zaspokajać podobne potrzeby domowników. Znaczy to, na przykład, że produkty żywnościowe pochodzące z gospodarstwa rolnego lub z ogródka przydomowego, mogą być zamienione na pieniądze a następnie na zakup innych dóbr konsumpcyjnych; albo że znajomość języka obcego któregoś z członków rodziny wykorzystywana do nauki własnych dzieci może być „sprzedana” na zewnątrz itd.

Przyjmując, że nawet w systemie gospodarki kapitalistycznej racjonalność funkcjonowania gospodarstwa domowego wychodzi poza kryteria czysto ekonomiczne, z tego względu, że stanowi ono coś więcej niż tylko przedsiębiorstwo. Celem jego istnienia, w przeciwieństwie do innych jednostek gospodarczych, nie jest zysk, czy też zaspokajanie jakichś innych celów zewnętrznych[16]. Gospodarstwo domowe funkcjonuje aby zaspokajać potrzeby swoich członków. Jest swego rodzaju „bezpłacową jednostką gospodarczą”.

Jak z tego widać, w większości przypadków rodzin wiejskich, o poziomie życia nie decydują pojedyncze źródła zasilania, ale wzajemne relacje tych źródeł i konsumpcja realna będąca wynikiem ich kombinacji.

[1] M. Bednarski, Gospodarka drugiego obiegu a kryzys lat osiemdziesiątych, Warszawa 1987.

[2] Prawo sobie, życie sobie, Rzeczpospolita nr 80, 4 kwietnia 2001r.

[3] P. Gutmann, Financial Analysts Journal, listopad/grudzień w: Rzeczpospolita nr 80, 4 kwietnia 2001r.

[4] D. Bell, The Coming of the Post Industrial Society, Rzeczpospolita nr 80, 4 kwietnia 2001r.

[5] H. Nowakowska, Szara strefa – błogosławieństwo czy przekleństwo, Gazeta Wyborcza 6-7.01.2002r.

[6] Nauki Humanistyczno-Społeczne – Zeszyt 269, Toruń 2000, s. 121-134.

[7] K.Z. Sowa, Gospodarka nieformalna – uwarunkowania lokalne i systemowe, Rzeszów 1990, s. 55.

[8] K.Z. Sowa, Gospodarka nieformalna……………………….., s. 309.

[9] H. Nowakowska, Szara strefa – błogosławieństwo czy przekleństwo, Gazeta Wyborcza 6-7.01.2002r.

[10] T. Płaszowska-Reindl (red.), Życie codzienne w kryzysie, Warszawa 1986.

[11] T. Płaszowska-Reindl (red), Życie……………………………..

[12] R. Borowicz, Wyzwania nowych czasów, w K. Duczkowska-Małysz (red.), W stronę wsi wielofunkcyjnej, Warszawa 1993, s. 214-220.

[13] A. Hałasiewicz, Przedsiębiorczość na obszarach wiejskich-wybrane aspekty, Warszawa s.81-85

[14] A. Kaleta, Nowe formy aktywności wsi, Warszawa 2000r.

[15] A. Hałasiewicz, Przedsiębiorczość……………………….. s. 83.

[16] E. Wiszniewski, Specyfika gospodarstwa domowego jako jednostki gospodarczej, w: Gospodarstwo Domowe nr 5-6/1990, s. 3-5.

Przedsiębiorczość na terenach wiejskich

początek drugiego rozdziału o rozwoju obszarów wiejskich

Na obszarach wiejskich mamy do czynienia z symptomami nowego myślenia i nowego działania w sferze ekonomicznej, coraz bardziej adekwatnego do realiów gospodarki rynkowej, stosunkowo dużej części ludności wiejskiej. Możemy zauważyć rysującą się przewagę aktywnych strategii działań rolników nad postawami biernego wyczekiwania na to, co przyniesie los. Możemy również wskazać na relatywnie wysoki poziom przedsiębiorczości wiejskiej, porównywalny z tym, co dzieje się w polskich miastach i znacznie przekraczający jej poziom w innych byłych krajach socjalistycznych.

Z badań nad przedsiębiorczością wiejską [1], wynika, że w wypadku gdyby mieszkańcy wsi dysponowali większym kapitałem (na przykład, wygrana na loterii) aż 41,9% deklarowało założenie własnej firmy, wpłacenie pieniędzy do banku i korzystanie z odsetek pojawiło się u 34,4% respondentów, a 19,1 badanych przeznaczyłoby pieniądze na konsumpcję. Co istotne większość respondentów 61,1% deklarowało potrzebę osiągnięć na polu szeroko pojętej aktywności ekonomicznej jako główną motywację pracy, co zdaniem Barbary Fedyszak- Radziejowskiej, stanowi kolejne potwierdzenie coraz silniej dającej o sobie znać orientacji na przedsiębiorczość, przejawiającej się w postawach mieszkańców wsi. Ujawnia się ona przede wszystkim w obrębie trzech grup respondentów: wśród rolników łączących pracę w gospodarstwie z dodatkowym zatrudnieniem poza nim 49,1%; rolników dla których gospodarstwo rolne stanowi jedyne źródło dochodu 39,8% oraz, co raczej naturalne, wśród właścicieli prywatnych firm 44,8%. Orientacja na przedsiębiorczość była znacznie mniejsza wśród byłych pracowników Państwowych Gospodarstw Rolnych 21,7%, przedsiębiorstw państwowych 17,2%, w stosunkowo dużym stopniu wśród bezrobotnych 28,2%. Znacznie bardziej zorientowani na przedsiębiorczość wydają się być mieszkańcy wsi w wieku między 24 i 55 lat, nie odnotowano natomiast zależności liniowej między orientacją na przedsiębiorczość a wykształceniem, co interpretuje się jako traktowanie własnej działalności gospodarczej jako niezależnej od poziomu wykształcenia, nowo otwartej drogi awansu społecznego[2].

[1] Badania „Szanse i ograniczenia przedsiębiorczości w społecznościach wiejskich” przeprowadzonych pod kierownictwem Katarzyny Duczkowskiej-Maysz, w roku 1994.

[2] B. Fedyszak-Radziejowska, Od etosu pracy rolnika do etosu przedsiębiorcy, Warszawa 1996, s. 275-259.

Podsumowanie pracy

Podsumowanie pracy o bezrobociu

Rozdział pierwszy traktuje jak swoje dziecko, jest to proste posumowanie setek lat Polskości, i jej skutki. Z własnej perspektywy wiem, że o pracę jest łatwo pod warunkiem, że się jej naprawdę szuka znam przypadki w których moi znajomi wyprowadzając się na wieś by np. założyć własną stadninę koni, wracali nie mile zaskoczeni, z pełna urazy miną, najczęściej okradzieni, i ze zmarnowanymi funduszami. Czy tak musi być?  Receptą może okazać, się sposób w jaki działa Powiatowy urząd Pracy w Suwałkach. Bo jeśli daje się coś za darmo np. sadzonki truskawek, komuś kto nie wie co z nimi zrobić- to jest to prosty sposób na marnotrawstwo funduszy państwowych. Może, zgłoszenia samych zainteresowanych okazały by się skuteczniejsze.

Rozdział drugi to nic innego jak, polska młodzież. Współczesny ustrój uczy nas jak sobie radzić, jak korzystać z dobrodziejstw kapitalizmu, niestety w każdym kraju tylko nie w ojczyźnie. Zapewne podjęłabym taką samą decyzję jak tych dwustu lekarzy ze Szwecji, i zapewne tak to się skończy jak tylko zakończę studia. Dlaczego? I proszę Mi wierzyć nie jest to prosta decyzja. Ponieważ nie widzę perspektyw. Chciałabym być samowystarczalna, tak by było mnie stać na własny domek, na rodzinę bez pracy po 14 godzin dziennie jak robią to Ci którzy omijają, przepisy i śmieją im się w twarz- notabene sama pracuje w ten sposób, i nie widzę już innych możliwości.

Okazało się, ze wbrew naszym przekonaniom Polscy więźniowie chcą i mogą pracować, i robią to całkiem nieźle. Polskie prawo stara się im to umożliwić, ale chyba nie do końca zdają sobie sprawę z problematyki szkoleń, więźniów i następujące po nich zwolnienia. Jak wszystko u nas. Gdyby szkoleni byli więźniowie z wyrokami długoterminowymi, i Ci sami zatrudniani do różnych prac, to zarobiliby na utrzymanie celi i siebie.

Okazało się, że jednak Polak umie wszystko. A traci na tym rząd i starsze pokolenie obecnie przebywające na rencie, i znów brak perspektywicznego myślenia posłów i Ministrów- ponieważ na umowach o dzieło, i na zlecenie najwięcej nie traci zwykły Kowalski, tylko Polski  budżet w którym dziury już od kilku lat nie ma czym załatać, więc znów podnosi się podatki, a w ten sposób ani naród, ani rząd nie zyskuje nic, oprócz ciężkiej mozolnej pracy tych pierwszych i straty poparcia tych drugich- a poparcie to gwarancja urzędów.

Rozdział piąty rzeczywiście pokazał nam smutna prawdę, że nikt nie pójdzie pracować za 600 złotych, jeśli tyle otrzyma z zasiłku i wsparcia Ośrodka Pomocy Społecznej- więc po co pracować? Liczby pokazały, że sytuacja wynika z naszego lenistwa. Dowodem na to także może być, procent pracujących z wyższym wykształceniem, i tychże samych zadowolonych z warunków umowy o dzieło.

Odpowiedź Polskich ekonomistów i polityków na sytuację wzrastającego procentu bezrobocia. Teoretycznie, mogłaby się sprawdzić, teoretycznie bo oznaczałoby to ściśnięcia pasa, a od tego jest naród, a naród przynajmniej ten najmłodszy, emigruje więc kółko się zamyka.

Oceny Sytuacji Na Krajowych i Lokalnych Rynkach Pracy

W listopadzie, podobnie jak przed miesiącem, niemal wszyscy Polacy (91%) są przekonani, że sytuacja na krajowym rynku pracy jest zła, w tym niemal co drugi (48%) ocenia ją skrajnie negatywnie. Zaledwie 6% badanych uznaje tę sytuację za przeciętną, a 2% -ocenia pozytywnie. (Tabela nr 3)

Z perspektywy ostatnich trzech lat można jednak zauważyć pewne złagodzenie ocen negatywnych (stopniowy spadek odsetka twierdzących, że sytuacja jest „bardzo zła” na rzecz oceniających, że jest „zła”).

Negatywne opinie o krajowym rynku pracy zdecydowanie dominują we wszystkich środowiskach społecznych Niezmiennie krytyczny jest także obraz lokalnych rynków pracy. Prawie jedna trzecia badanych (30%) sądzi, że w ich miejscowości lub okolicy nie ma żadnej pracy, a ponad dwie piąte (44%) uważa, iż niełatwo tam znaleźć jakiekolwiek zatrudnienie. Niemal co czwarty respondent (24%) jest jednak zdania, że na lokalnym rynku pracy można się gdzieś zatrudnić, choć nie zawsze jest to praca odpowiednia. Tylko co setny ankietowany (1%) twierdzi, że odpowiednia praca jest dostępna bez większych problemów. Z perspektywy ostatnich trzech lat widać jednak niewielką poprawę opinii o lokalnych rynkach pracy (powoli maleje odsetek twierdzących, że nie ma żadnej pracy, na rzecz przekonanych, że pracę można znaleźć, lecz nie zawsze odpowiednią). ( Tabela nr 4)

(Tabela nr 3)

( Tabela nr 4)

Należy zwrócić uwagę, na to że opinie o sytuacji na lokalnych rynkach pracy są wyraźnie zróżnicowane społecznie. Na brak jakiejkolwiek pracy w miejscu zamieszkania lub okolicy szczególnie często wskazują rolnicy, badani o najniższych dochodach na osobę w rodzinie, żyjący w złych warunkach materialnych, z podstawowym wykształceniem, w wieku powyżej 54 lat, emeryci, renciści, bezrobotni. Natomiast im respondenci są młodsi, lepiej wykształceni i sytuowani oraz im lepiej oceniają warunki materialne swoich gospodarstw domowych, tym rzadziej na ogół wystawiają tak skrajnie negatywne oceny, tym częściej zaś uważają, że w ich miejscowości lub okolicy można znaleźć jakąś pracę, choć nie zawsze odpowiednią.

Tego typu pozytywne opinie najczęściej wyrażają ludzie najlepiej sytuowani, z wyższym wykształceniem, przedstawiciele kadry kierowniczej i inteligencji. Należy przy tym podkreślić, że niezmiennie zdecydowanie najlepiej oceniany jest wielkomiejski rynek pracy -większość mieszkańców największych miast (61%) twierdzi, że można tam znaleźć jakieś zatrudnienie, choć nie zawsze odpowiednie. Natomiast im mniejsze miasto, tym bardziej krytyczne opinie mieszkańców o sytuacji na lokalnym rynku pracy. Najgorzej oceniają ją mieszkańcy wsi: ponad dwie piąte z nich (44%) uważa, że trudno tam o jakiekolwiek zatrudnienie, i niemal tyle samo (42%) twierdzi, że w ich okolicy nie ma żadnej pracy.[1]

[1] Bogna Wciórka dla CBOS – listopad 2004 r.

Wstęp do pracy

wstęp do pracy o bezrobociu

Problem bezrobocia jest chyba najczęściej omawiany, w kręgach politycznych i ekonomicznych. Dotyczy naszych przyjaciół, rodziny, znajomych, wreszcie nas samych. Pojawiły się nowe aspekty, aspekt historyczny, czy psychologiczny. Bezrobocie nareszcie przestaje być mitem, usprawiedliwieniem. Ale czy na pewno?

W swojej pracy starałam się spojrzeć na ten problem z różnych perspektyw, na różne sposoby.

6 rozdziałów, 6 spojrzeń.

Rozdział pierwszy dotyczy aspektu społecznego: spojrzenia na świat z perspektywy terenów po pegeerowskich, z perspektywy bloków. Pisałam o problemach małych i dużych miejscowości, i ludzi w nim mieszkających. Może razić, ich bezpośredniość, brak zapału do pracy, czy jednak nie czujemy do nich pełnej dozy sympatii? Współczucia? Czy nie utożsamiamy się z nimi?

W rozdziale drugim- perspektywę określa okno na świat. Co nas ciągnie do Unii? Czy nie mamy możliwości kariery w Polsce? Czy, aż tak kusi możliwość czterokrotnie większych zarobków? Co takiego ma w sobie ta Unia?

Polskę z okienek więziennych ujrzymy w rozdziale trzecim. Czy kupiłbym buty zrobione przez więźnia? Czy mają szansę na normalne życie? Czy może wyrok oznacza koniec wszelkich możliwości? Jak z więźniami radzą sobie Niemcy? A jak Rzeczpospolita Polska? W rozdziale tym także, (trochę przewrotnie) umieściłam, Powiatowy Urząd Pracy w Suwałkach . Dlaczego? Czy, jest aż tak źle? A może jest  to przykład?

Polak potrafi! A no potrafi… Kombinować, knuć, oszukiwać i omijać narodowe prawo. Czwarty rozdział to poradnik jak radzić sobie z podatkami, z przepisami z urzędami. Co nam się opłaca? A co nie? I dlaczego?

Rozdział piąty to wyrażenie własnego narodowego zdania, w postaci omówienia raportu Centrum  Badania Opinii Społecznej. Tym razem liczby mogą nas zaskoczyć. Może się okazać, że sytuacja na polskim rynku pracy nie jest taka zła jakby się mogło wydawać. Ale może się też okazać, że autorka niniejszej pracy nie wie o czym pisze? Jak wyglądały liczby  w naszym przekonaniu u schyłku 2004 roku? Kto i jaką mam opinię, na temat bezrobocia?

I ostatni już rozdział szósty a więc odpowiedź Polskich ekonomistów i polityków na sytuację wzrastającego procentu bezrobocia. Teoretycznie, a więc zapowiada się ciekawie. A co jeśli się okaże, że  teoria przerasta praktykę? A jeśli praktyka czyni mistrza to kto nim jest? Polscy bezrobotni? Czy politycy którzy nie do końca widzą (lub nie chcą widzieć) przez uchylone okna na Wiejskiej, problemów naprawdę istotnych?

Czy można coś jeszcze napisać, by wreszcie pismo przeszło w czyny.

Miłej lektury.

Politycy i ekonomiści w sprawie bezrobocia…

Nieprawdziwe jest twierdzenie, że wzrost bezrobocia w ostatnich latach to prosty rezultat polityki rządu. Ten czynnik miał ograniczone znaczenie. Obecne bezrobocie jest przede wszystkim następstwem redukcji nadmiernego i marnotrawnego zatrudnienia, które kumulowało się przez dziesiątki lat funkcjonowania gospodarki komunistycznej. Sytuację zaostrza gwałtowny przyrost zasobów pracy w następstwie procesów demograficznych, a ostatnio także spadek tempa wzrostu (co jest w znacznym stopniu rezultatem ślepego dogmatyzmu RPP). Dopiero na końcu można wymienić przyczyny, które absolutyzują liberałowie – sztywność rynku pracy i „nadmierne” koszty pracy. Faktyczne bezrobocie jest większe od rejestrowanego przynajmniej o milion osób, ponieważ wielu rolników nie posiadających faktycznie pracy i dochodów nie może się zarejestrować, a z braku motywacji nie robią tego bezrobotne kobiety mające ubezpieczenie z tytułu zatrudnienia mężów. A największą cenę za polskie przemiany płacą pracownicy. Ich płace są 3–4 razy niższe od płac w krajach UE, natomiast płace kadr kierowniczych już w zasadzie odpowiadają europejskim standardom. Także dochody prywatnego biznesu (choć tu wielkie jest rozwarstwienie) są bliskie ich zachodnim odpowiednikom. Tymczasem wszystkie pomysły zmierzają do obniżki kosztów pracy i ograniczenia praw „zwykłych” pracowników. A One mogą one dać symboliczny tylko przyrost zatrudnienia.

Niektóre postulaty, takie jak uelastycznienie czasu pracy czy prawo do zatrudnienia na czas ograniczony (ale z pełnym ubezpieczeniem), w obecnej sytuacji powinny być przyjęte. W zmodyfikowanej postaci można też akceptować zmniejszenie odpowiedzialności małych zakładów (np. do 20 zatrudnionych) za wypłatę wynagrodzenia w okresie choroby. Pracodawca mógłby np. być zobowiązany tylko do wypłaty połowy uposażenia za okres do 2 tygodni choroby, a pozostałą część (i w pełni za dłuższy okres) wypłacałby ZUS z dodatkowych składek wnoszonych przez pracodawcę. Stanowczo natomiast odrzucić należy postulaty likwidacji lub względnego zmniejszenia wysokości płacy minimalnej.

W bardzo długim okresie ograniczenie bezrobocia zależy oczywiście od tempa rozwoju gospodarki .Nawet zwiększenie tempa o 1 proc. średniorocznie w okresie dziesięciu lat daje bardzo znaczącą poprawę.

Więcej nadziei można i należy wiązać ze stopniową, ale szybką likwidacją deficytu w handlu zagranicznym.

Ale nie stanie się to w następstwie autonomicznego funkcjonowania rynku. Prywatyzacja i wysokie stopy procentowe napędzają do Polski masę walut obcych. W rezultacie złotówka drożeje i podcina opłacalność eksportu. Oczywiście w krótkim okresie, gdy zdusi się popyt krajowy, producenci są zmuszeni eksportować – dla uniknięcia większych strat – na każdych warunkach. Ale nie mają żadnych szans, by w dłuższym okresie nadążyć z redukcją kosztów za silną aprecjacją złotówki. W dobrze pojętym interesie kraju trzeba im pomóc.

Służyć temu może ponowne ustanowienie podatku importowego i zatrzymanie dalszego redukowania ceł

(także konsekwentne egzekwowanie opłat celnych) oraz działanie na rzecz przesunięcia popytu w kierunku wyrobów krajowych. Np. przez pewne przesunięcie ciężarów podatkowych – zmniejszenie obciążeń ludzi o niskich dochodach (nabywających relatywnie więcej produktów krajowych) i niewielkie powiększenie (przez konsekwentne pobieranie podatków) obciążeń wysokich dochodów. Powinno to dodatkowo przynieść efekt zmniejszenia kosztów pracy ludzi o niskich kwalifikacjach – najczęściej narażonych na bezrobocie.

Wielkie znaczenie miałoby też podjęcie dużego programu standardowego budownictwa mieszkaniowego.

Trzeba też wdrożyć system subwencji sponsorujących zatrudnienie w niektórych usługach publicznych (np. w transporcie miejskim). Bardzo ważne jest ustanowienie ulg podatkowych za wzrost zatrudnienia (nie za inwestycje, bo to może zgoła stymulować ograniczenie zatrudnienia).

Oczywiście potrzebne są przeszkolenia i finansowanie tanich kredytów dla osób rozpoczynających działalność gospodarczą. Ale trzeba pamiętać, że jednak przez kilka jeszcze lat bezrobocie będzie w Polsce wysokie, a to oznacza, że musi zostać wzmocnione zabezpieczenie socjalne ludzi bez pracy. Z drugiej strony zaś, obecna wysokość zasiłków, a tym bardziej zasady ich otrzymywania (zasiłek otrzymuje co piąty bezrobotny) muszą ulec zmianie.

Program zwalczania bezrobocia jest kosztowny i zawsze wymaga solidarności całego społeczeństwa. Tak musi być także teraz w Polsce. Wydatki państwa na zwalczanie bezrobocia i zabezpieczenie elementarnego bytu bezrobotnych muszą bardzo poważnie wzrosnąć. Propozycje liberalnych ugrupowań i niektórych środowisk biznesu, by obecnie zmniejszyć opodatkowanie wysokich dochodów, to nic innego jak pazerność i odmowa solidarności. To także w dłuższej perspektywie dramatyczne konflikty i podważenie naszych rozwojowych możliwości[1].

[1] Autorzy- A.K Wróblewski- R. Bugaj